Media regularnie donoszą o końcu świata: katastrofie klimatycznej, buncie sztucznej inteligencji albo upadku asteroidy. Każdy temat naukowy łatwo zmienia się w apokaliptyczną narrację. Czy to realne zagrożenia, czy raczej mitologia naukowa?
Teza
Raporty IPCC ostrzegają, że zmiany klimatu prowadzą do podniesienia poziomu mórz, susz i fal upałów. Stephen Hawking przestrzegał, że AI może stać się ostatnim wynalazkiem człowieka. NASA prowadzi programy monitorowania asteroid, bo zderzenie z dużą planetoidą miałoby katastrofalne skutki. W kulturze popularnej wszystkie te wizje łączą się w obrazy apokalipsy – od filmu Interstellar po serial Black Mirror. Zwolennicy mówią: nauka daje nam powody do obaw.
Antyteza
Ale krytycy wskazują, że nauka nie prognozuje końca świata, tylko modeluje ryzyko. Michael Mann podkreśla, że klimat to proces ciągły, a najczarniejsze scenariusze zależą od naszych działań, a nie od pewności katastrofy. Stuart Russell pisze, że AI jest narzędziem, a nie samodzielnym bytem. NASA ocenia, że ryzyko zderzenia z dużą asteroidą w najbliższym stuleciu wynosi poniżej 0,01%. Sensacyjne narracje często mijają się z danymi – to raczej medialne uproszczenia niż nauka.
Na chłopski rozum
Świat nie kończy się dlatego, że ktoś zrobił film katastroficzny. Klimat się zmienia, ale nadal żyjemy; AI działa, ale pod kontrolą ludzi; asteroidy spadają, ale większość z nich wypala się w atmosferze. Trzeba odróżniać ryzyko od apokalipsy.
Puenta
Nauka ostrzega, ale nie wieszczy końca świata. Prawdziwą katastrofą byłoby zamienić dane w mity i żyć w permanentnym lęku.